Jest sobota. W poniedziałek idę do pracy po raz pierwszy po dwóch tygodniach leczenia COVID w domu. Należę do grona szczęściarzy, których ominęły ciężkie objawy i powikłania. Dlaczego o tym piszę? Bo właśnie skończyłam oglądać ostatnią sesję rady miejskiej naszej mieścinki, zdalnej oczywiście, na której szefu wypowiedział się, że zakażenie koronawirusem około 3/4 załogi nie zaburzyło pracy urzędu. Cóż, w poniedziałek dowiem się zatem, jakie to krasnoludki księgowały dochody i tłumaczyły klientom przez telefon jak poprawnie wypełnić formularze podatkowe, skoro z całego wydziału finansowego przez ostatnie dwa tygodnie do pracy przychodziła wyłącznie główna księgowa. Zatem albo ktoś nas wszystkich godnie zastąpił, zapewne główna księgowa, albo jesteśmy, jako pracownicy, całkiem zbędni, skoro urząd nie doznał uszczerbku związanego z naszą nieobecnością. Już nie mogę się doczekać. Co jest w tym wszystkim najbardziej bulwersujące? Że odkąd poszybowały statystyki zakażeń i jasne się stało, że...